Nie ten czas, nie to miejsce, nie ten nastrój… To był jeden z tych przypadków. Oglądając pływającą wioskę na jeziorze Tonle Sap, czułem, że jestem w niewłaściwym czasie, w niewłaściwym miejscu. Czułem się jak intruz, który przyjechał oglądać zoo od środka. Aż tak źle czułem się chyba po raz pierwszy w życiu.
Kambodżańskie Siem Reap nie jest jakimś uderzająco pięknym miejscem, to raczej punkt wypadowy do Angkor Wat i innych świątyń Angkoru oraz do okolicznych wiosek, które niejako przy okazji stały się atrakcjami turystycznymi. A są to tak zwane pływające wioski. W okolicy jest ich kilka i większość turystów zazwyczaj wybiera pierwszą z brzegu czyli Chong Kneas. Ci którym chce się bardziej, ale też są w stanie poświęcić troszkę więcej pieniędzy, jest Kampong Phluk, do której dojazd zajmuje dwa razy więcej czasu niż do Chong Kneas.

Kampong Phluk pływająca wioska na Tonle Sap
Lekko już zmęczony oglądaniem Angkor Wat i innych świątyń kompleksu, postanowiłem kolejny dzień w Siem Reap spędzić na czymś innym. Tym innym miała być wycieczka nad jezioro Tonle Sap, by obejrzeć pływające wioski, chociaż o tej porze roku to raczej na palach. Usiłowałem je obejrzeć kilka lat temu, kiedy to pierwszy raz byłem w Kambodży, ale podano mi wtedy jakąś zaporową cenę, na którą nie było mnie stać. Tym razem postanowiłem nadrobić zaległości. Znalazłem zatem agencję turystyczną, która organizowała wycieczki do wioski Kampong Phluk i… pojechałem.
Wyjście z busa, którym wieziona była na przystań nasza około 15 osobowa grupa, było czystą ulgą i przyjemnością. Jakże miło było nie czuć kolejnych wstrząsów, podskoków, odbić w prawo i lewo… droga do przystani skąd odbijają łódki do pływającej wioski, to koszmar każdego drogowca. Z miłą przyjemnością zapokładowałem się na czekającej na nas sporej łódce i odpłynęliśmy.


I tu zaczyna się właściwa opowieść o towarzyszących mi wtedy uczuciach i targającymi mną do tej pory wątpliwościach. Płyniemy przez okolice Kampong Phluk, nasz przewodnik nadaje jak najęty, ale to niewiele pomaga, bo silnik łodzi skutecznie zakłóca jego tyradę, pozostaje zatem podziwianie widoków. A te zaczynają się robić interesujące. Jeszcze z przemowy przewodnika wygłoszonej w busie, pamiętam, że cała ludność wioski zajmuje się rybołówstwem, że wszystkie domy są na palach, że zobaczymy szkołę, komisariat policji i mnóstwo domów, bo Kamponng Phluk nie jest małą wioską. I cała zajmuje się rybołówstwem.

Faktycznie wystarczy spojrzeć za burtę, by zauważyć, że na każdym wystającym z wody krzaku, zamontowana jest jakaś sieć na ryby i wszelkie inne stworzenia wodne, które można albo samemu zjeść, albo po prostu sprzedać, by kupić coś do domu. Nasza łódź płynie, a szlak wypełniony jest szczelnie sieciami, czyhającymi na nieostrożne ryby. Odrywam wzrok od sieci, bo oto po prawej zaczynają się „przedmieścia” wioski. To pierwsze zabudowania, które obecnie wyglądają dość dziwacznie. Ogromne, wysokie pale a na nich domy, jakby jakiś bocian nie mogąc znaleźć komina czy słupa elektrycznego, postanowił zrobić coś na własną rękę i zbudował obiekt bardziej trwały.
Pływająca wioska Kampong Phluk
Nie ukrywam, zrobiło to na mnie wrażenie, ale też widok ten wywołał jakiś dziwny dysonans poznawczy, bo płynąc tu czułem się, jakbym wpływał do jakichś faweli, gdzie z bezpiecznej odległości mogę pooglądać biedę. Odległości bezpiecznej, by „przypadkiem się nie zarazić.” Po prawej mijamy szkołę i posterunek policji, to po tej stronie znajduje się większość zabudowań, niestety jest popołudnie, zatem słońce już znajduje się na zachodzie. Co i rusz trzeba mrużyć oczy, a ja swoim zwyczajem okulary przeciwsłoneczne gdzieś zostawiłem. (Taka tradycyjna już ofiara dla bogów podróży 😉 Jak nie okulary, to czapka z daszkiem.)

Ale i po lewej są domy, teraz płyniemy o wiele bliżej zabudowań, co i rusz zwalniamy na zakrętach, dlatego jest czas, by się przyjrzeć konstrukcji domów, by zobaczyć jak tu się żyje. A żyje się biednie. Zaledwie kilka metrów ode mnie jakaś dziewczynka pierze coś w rzece. Tej samej rzece, do której wyrzuca się różne śmiecie. Ale dalej na łódkach i kawałkach suchego lądu wre praca. Oto rybacy i ich rodziny siedzą i cerują sieci, najważniejszą rzecz zapewniającą im egzystencję. Naprawiają, co mogą, zanim nawiną je na wszechobecne na łodziach kołowrotki. I zanim kolejnego dnia wypłyną na jezioro, na połów ryb, które w części zapewne skończą na stołach turystów zwiedzających Angkor.

Kampong Phluk – spacerem po suchej części wioski
Dopływamy do suchego lądu, tu nasz przewodnik każe wysiąść i informuje, że idziemy się przejść po wiosce oraz obejrzeć świątynię. Idziemy zatem do świątyni. W sumie nic ciekawego, całkiem nowy budynek i interesujący to on może będzie za jakieś 500 lat. O ile przetrwa. Potem podążamy na główną ulicę pływającej wioski Kampong Phluk. O tej porze roku nie jest ona co prawda pływająca, bo to w czasie pory deszczowej poziom jeziora Tonle Sap podnosi się o kilka metrów. To wtedy przydają się pale, na których umieszczone są domy, a zbudowane są wysoko, każdy pal to wysokość około dwóch ludzi. To robi wrażenie – możecie zobaczyć to np. na blogu Maleny.

Ale my teraz idziemy suchą stopą po suchej jak pieprz głównej drodze wioski liczącej około 3000 mieszkańców. Po prawo i po lewo otaczają nas, górujące nad wszystkim domy. Gdzieś na werandach siedzą ludzie i przyglądają się znudzeni. Pomiędzy palami biegają dzieci, albo też biegają blisko naszej wycieczki, bo jakoś tak już jest pod każdą szerokością geograficzną, że to dzieci i psy zawsze pierwsze wyskakują do przybyszów. Dorośli pojawiają się później. Ale tu jest dziwnie, idziemy wielką zgrają przez biedną wioskę i zaczynają błyskać flesze dokumentując inność miejsca. A przy okazji jego biedę.

Obiektywy kierują się w stronę dzieci i nielicznych dorosłych, którzy wyraźnie widać, nie są tym zachwyceni. Trudno im się dziwić, oni takich grup mają pewnie kilka dziennie, a zysku z nich zapewne nie ma żadnego w tym miejscu. Okazja by zarobić, będzie dopiero potem. Ale to było to miejsce i ten czas, kiedy czułem się bardzo nie na miejscu, kiedy miałem wielkie obiekcje przed wyciągnięciem z plecaka mojego wielkiego aparatu fotograficznego. Czułem, że w jakiś sposób jest on nie na miejscu. Ograniczyłem się zatem do kilku zdjęć robionych telefonem, uznając, że nie jest on tak ostentacyjny.

Jezioro Tonle Sap w wersji dla romantyków
I kiedy przemknęliśmy w ciągu 10 minut przez wioskę, znów weszliśmy na naszą łódź. Teraz przed nami kolejny punkt wycieczki, mamy zobaczyć las namorzynowy. Co w sumie zasługuje na osobną, krótką historię, którą też na pewno opiszę. Ale magicznie zrobiło się na sam koniec wycieczki, niemalże na otarcie łez i wyzbycie się poczucia winy, że wszedłem do tej pływającej wioski z butami. Wypłynęliśmy łódką, by obejrzeć zachód słońca…

Nie, nie byliśmy jedyną łódką, widać, że to też duża atrakcja turystyczna, ale jezioro nie zalicza się do małych i każdy znajdzie „swój kawałek podłogi”. Bo powiedzmy sobie szczerze: było zjawiskowo, romantycznie i w zasadzie można to podsumować: jaki kicz 🙂 Ale wiecie co? Było świetnie… my siedzący na dachu łodzi, bo stąd lepiej widać, moi współtowarzysze nagle przestający trajkotać, parka obok robiąca sobie pamiątkowe zdjęcia, i wszyscy pijący piwo Angkor. Wszyscy poza mną, ba! nawet sikh w tradycyjnym rzecz jasna turbanie pociągał z puszki, ukradkowo patrząc na dwójkę swoich znajomych, w których oczach nie było grama dezaprobaty. Bo nagle, kiedy słońce zaczęło dotykać wody… zrobiło się cicho i każdy zaczął zagłębiać się w swoim wewnętrznym świecie. Marząc, wspominając i planując… Bo co innego można robić w takich okolicznościach przyrody?
Wycieczka zaczęła się o 14 od zabrania z hotelu. Potem rajd po Siem Reap i zgarnianie kolejnych turystów, by finalnie po godzinie jazdy dotrzeć nad Tonle Sap. Do miasta wróciliśmy około godziny 20. I jeśli dobrze pamiętam kosztowała 30 dolarów wliczając w to cenę krótkiego pływania po lesie namorzynowym.
7 komentarzy
Byłem tam w czasie pory deszczowej i też miałem mieszane uczucia, mimo że nie zwiedzałem z typową wycieczką, a w towarzystwie znajomych Khmerów. To takie ludzkie zoo. Z drugiej strony warto w Kambodży zobaczyć coś poza Angkorem, bo to zmienia światopogląd i sprawia, że bardziej doceniamy to, co mamy.
W sumie to całkiem miłą konstatacja wiedzieć, że nie jestem jedynym, który będąc w pływającej wiosce, miał mieszane odczucia. Bo z jednej strony to bardzo ciekawe miejsce i jak piszesz, trzeba zobaczyć coś poza Angkor Watem, a z drugiej to ludzkie zoo kompletnie mnie rozwaliło, mimo że nie było ono jakieś nachalne, że nie wchodziliśmy do domów itp. Po prostu czułem się tam nie na miejscu.
Wspaniały reportaż, chciałbym zwiedzić choć część tego co Ty miałeś okazję zwiedzić. Miałem okazję zwiedzieć narazie Włochy – Toscanie – coś cudownego polecam!
Przeczytałam z ciekawością, tym bardziej, że też tam byłam tylko w porze deszczowej. Pływałam po wiosce łódką i miałam podobne odczucia, zastanawiałam się dłuższą chwilę czy wogóle przesiąść się do małej łodzi. Po powrocie do Polski przeglądając zdjęcia zaczęłam zastanawiać się nad tym wydarzeniem .Jeśli ulicą np. Sandomierza idzie wycieczka i robi zdjęcia wszystkim kamienicom i przy okazji ludziom to nikt na to nie zwraca uwagi. W tej wiosce też szliśmy (ja płynęłam) ulicą i robiliśmy zdjęcia budynkom a przy okazji ludziom. Fakt, że oni mieszkają bardziej na zewnątrz, więcej widać ale taki mają klimat. Kiedy płynęliśmy, kilka dorosłych osób machało do nas i uśmiechało się. Niektóre domy były odnowione lub nowe. Oczywiście były i takie które stały chyba tylko z przyzwyczajenia. Wiadome jest że kraj biedniejszy, wiele dzieci nie chodzi do szkoły (w tej wsi była szkoła) i mają wiele innych problemów. Mimo wszystko pomyślałam sobie że może ci ludzie chcą abyśmy traktowali ich na równi z nami, nie jako biedaków nad którymi trzeba ubolewać. Może chcą abyśmy zwiedzali ich wioskę jak u nas ogląda się przykładowy Sandomierz i nie zwracali uwagi na standard życia. Co o tym myślisz?
Jeśli masz chwilę to zerknij na moje zdjęcia z wioski na palach https://seniorka-z-plecakiem.blogspot.de/search/label/Kambod%C5%BCa
Z jednej strony marzy mi się wyprawa do Kambodży, ale z drugiej nie chciałabym wcielić się w rolę białej damy, która z wyższością ogląda „dzikich” ludzi :/
jak tak czytam to biadolenie o falszywej niesmialosci i o rzekomym biedactwie ich a rzekomym bogactwie nas, to przypominaja mi sie slowa jednego zyda , guru judeokatolickiego :
'nie placzcie nade mna, placzcie nad swoimi dziecmi’
Fajnie ze Pan wyjezdza z Polski wogole bo podroze ksztalca Panie Pawle.
Fajne fotki z Birmy i kielkujace przemyslenia.. wkoncu wywodzimy sie z indii a nie palestyny.
Pozdrowienia
Bardzo ciekawa opowiesc, niedlugo lecimy do Kambodzy i zastanawiamy sie czy nie zrezygnowac z Tonle Sap. Nawet nie bedac tam, juz mam podobne odczucia jak Ty. Nie chce byc widzem ¨ludzkiego zoo¨. Nie chce sie czuc glupio i nie na miejscu. Jak bogacz ktory z daleka obserwuje biede jakby byla atrakcja turystyczna. Czy wiesz moze czy mozna zrobic tylko czesc z zachodem slonca?